Pisarz 2.0, czyli co ma Doctorow, czego nie ma Dukaj

cory-doctorow

Cory Doctorow | zdj. Joi Ito

Przeczytałem ostatnio na stronach serwisu książkowego Wirtualnej Polski felieton Jacka Dukaja “Copyrightowa wojna światowa”. Pretekstem do jego napisania była książka Eastern Standard Tribe Cory Doctorowa. Rozważania Dukaja o “cienkiej, zygzakowatej granicy między starą science fiction i nową science fiction”, były ciekawe, ale dla mnie mniej istotne. Z mojego punktu widzenia, czyli autora, który nie zainteresował swoimi książkami żadnego dużego wydawcy, tworzy literaturę niszową i stara się ją promować własnymi siłami, najbardziej interesujące w felietonie było to, jak uznany polski pisarz 1.0 ocenia uznanego światowego pisarza 2.0.

Choć definiowanie wszystkiego wokół przez dodanie “2.0” jest coraz bardziej pretensjonalne, to jednak trzeba przyznać, że najlepiej oddaje dynamikę relacji między obiema pisarskimi postawami. Poniżej spróbuję opisać podstawowe różnice.

*

Kto pierwszy: wydawca czy czytelnik?

Dla kogo powstają książki? Dla czytelnika, odpowie prawie każdy. Tymczasem pisarz w wydaniu klasycznym pisze je przede wszystkim dla wydawcy. Materiał na książkę najpierw wędruje na biurka decydentów w wydawnictwach, a dopiero potem, w jednym przypadku na tysiąc – na półki księgarń, czyli do czytelnika. Wydawcy rezerwują sobie również prawo posiadania wiedzy o tym, co się czytelnikom podoba, a co nie. Taka relacja wynikała z bardzo technicznego uwarunkowania: książkę należało wydać, czyli uruchomić skomplikowaną i kosztowną machinę, na którą składały się: przygotowanie książki, jej druk, dystrybucja i promocja.

Na szczęście, za sprawą Internetu, to się na naszych oczach zmienia. Pierwszym, który dokonał wyłomu w relacji autor-wydawca-czytelnik był właśnie Cory Doctorow. Swoją pierwszą książkę, Down and Out in the Magic Kingdom, udostępnił w Internecie za darmo, zgodnie z licencją Creative Commons, w tym samym czasie, w którym jej drukowane wydanie trafiło do księgarń. Od tego czasu jest on znany nie tylko jako pisarz, ale też jako jeden z najbardziej aktywnych propagatorów uwolnienia książki od praw autorskich w tradycyjnym pojęciu.

Wszystkie dzieła Doctorowa dostępne są w Internecie za darmo, co nie zmienia faktu, że są wydawane drukiem i sprzedają się znakomicie. Wydania darmowe są wydaniami elektronicznymi, koszty ich przygotowania są niewspółmiernie mniejsze niż koszty wydrukowania książki. Podobnie rzecz się ma z kosztami dotarcia do czytelników – od czego jest Internet, jak nie od rozpowszechniania darmowej treści? Z tym, że jedni twórcy chcą ten nieuchronny proces zatrzymać, nazywając go piractwem, podczas gdy inni świadomie już go wykorzystują, bo zdają sobie sprawę z wagi bezpośredniego dotarcia do czytelnika. Właśnie czytelnika wybrał Doctorow na swojego faworyzowanego odbiorcę.

Pisarz 1.0 wybiera relację autor-wydawca-czytelnik. Pisarz 2.0 wybiera relację autor-czytelnik-wydawca.

* *

Co najpierw: kupić, czy przeczytać?

Ktoś mógłby zarzucić temu pytaniu brak sensu. Przecież to oczywiste, że kupuje się produkt, żeby go później skonsumować. W przypadku książki tak czy inaczej mamy do czynienia ze zbieraniem o niej wiedzy, niezbędnej do podjęcia decyzji o zakupie. Służą temu opisy na okładce, recenzje w mediach, oficjalne informacje wydawcy. Dzięki Internetowi możemy dowiedzieć się o opiniach czytelników. Możemy również zapoznać się z darmowym fragmentem książki. Również w Polsce wydawcy i księgarnie internetowe dostrzegają zalety takiego podejścia. Przodują w tym księgarnie sprzedające e-booki, jak np. Nexto.pl. W ich przypadku darmowy fragment absolutnie niczym nie różni się od przeglądania książki w księgarni – od decyzji o zakupie dzieli nas zaledwie kilka minut.

Nieco inaczej ma się sprawa z tym, co wyprawiają pisarze 2.0. Dużą część swoich książek publikują za darmo w Internecie, w formie i w kontekście dalekim od skojarzeń  o zakupie wersji drukowanej. Jako autor bardzo specyficznej literatury absurdu, udostępniam za darmo ponad 30% swoich utworów. Wykorzystuję przy tym takie rozwiązania, jak Google Book Search, czy platforma darmowych e-booków Feedbooks.com. Publikuję swoje utwory na blogu i na forach. Wiem, że nie mam wyjścia. Moje cztery książki wydane drukiem nie sprzedają się. Może po prostu nie są dobre. A może nie spotkały się ze swoim czytelnikiem. Internet i darmowe wydania książek takie spotkanie mogą skutecznie umożliwić. Udostępnianie swojej twórczości za darmo jest więc bezkosztową formą promocji autora. Internet, ze wszystkimi szybko rozwijającymi się nowościami (Twitter, Issuu.com, Librarything.com, Feedbooks.com), daje nieograniczone możliwości promowania się za pomocą własnej twórczości. Różnica między pisarzem 1.0 a 2.0, polega na tym, że Jacek Dukaj nie musi udostępniać darmowych fragmentów, ale może. Dla pisarza 2.0 jest to często jedyny sposób na odnalezienie swoich czytelników.

I teraz najważniejsze. Skoro już przeczytam całą książkę za darmo, to po co miałbym kupować jej drukowaną wersję? Tak myślą osoby, które jeszcze nie uświadomiły sobie zmian, jakie dokonują się za sprawą liberalizacji praw autorskich. Liberalizacja ta zachodzi przede wszystkim w mediach elektronicznych. Przez wielu ludzi e-book nie jest uznawany za książkę, a jedynie za jej substytut. Dlatego mimo bezpłatnego dostępu do całej treści książki, czytelnik w większości wypadków przeczyta tyle, ile potrzebuje, by podjąć decyzję. Na przykład o zakupie klasycznej drukowanej wersji.

Do tej pory kupowało się książkę po to, żeby ją postawić na półce. Teraz można przeczytać ją za darmo w Internecie, żeby w efekcie również postawić ją na półce. Książka na półce to efekt utożsamiania się z nią autora. Jeśli była dla niego przekonująca, miała wpływ na jego życie, będzie on w stanie wydać na nią każde pieniądze.

Pisarz 1.0 wyznaje zasadę “najpierw kup, a potem czytaj”. Pisarz 2.0 mówi “najpierw czytaj, a potem kup”.

• • •

Co ważniejsze: prawo autora czy czytelnika?

Prawo autora do pobierania honorarium za swoje dzieło było, jest i będzie niepodważalne. Zmienia się jednak zakres jego zastosowania. Coraz więcej twórców z różnych dziedzin, w tym i ja, przekonuje się do zalet udostępniania swojej twórczości za darmo, choć z pewnymi zastrzeżeniami, zgodnie z wybraną przez siebie odpowiednią licencją Creative Commons.

Można powiedzieć, że pisarz 1.0 najpierw pobiera zaliczkę, a potem wykonuje pracę. Ktoś sarkastycznie mógłby napisać, że dla porównania pisarz 2.0 najpierw wykonuje pracę, a potem nie dostaje nic. Przypadki takie jak Cory Doctorow, pokazują, że to nieprawda. Można zadać też inne pytanie: ile z książek wydanych drukiem było prawdziwymi bestsellerami?

Różnica między pisarzem 1.0 a 2.o polega na tym, że ten drugi świadomie buduje bezpośrednią relacje z czytelnikami, udostępniając mu swoje książki za darmo. Takie ma prawo, podobnie, jak prawem czytelnika, jest poznać rzecz, którą ma zamiar się kupić. W tę budowaną przez pisarza relację wpisana jest uczciwość, której oczekuje również ze strony czytelnika. W dobie wszechobecnego piractwa trudno o bardziej irracjonalne podejście. Czy naprawdę? Kradnie się tylko to, co jest zabronione. Trudno ukraść coś, co jest za darmo. W jednym i w drugim przypadku dochodzi jednak do tego samego: czytelnik uzyskuje dostęp do utworu, który konsumuje i ocenia. Również pod tym względem, czy byłby w stanie wydać na ten utwór pieniądze, jakich życzy sobie wydawca. Może to mieć wpływ na kolejne decyzje, w których do wyboru będzie: ukraść, przyjąć za darmo, kupić. W każdej z nich pisarz 1.0 i 2.0 mają równe szanse u czytelnika. Wygra ten, który jest lepszy i to ten lepszy zasłuży sobie u Czytelnika na nagrodę: kupno książki.

Pisarz 1.0 uważa: autor ma prawo otrzymać wynagrodzenie za to, co stworzy. Pisarz 2.0 myśli inaczej: czytelnik ma prawo wiedzieć, co kupuje.

• • • *

Co lepsze: to, co drogie czy to, co za darmo?

No właśnie, czy może być dobre coś, co jest udostępniane za darmo? Faktycznie, konsument w swoich wyborach, wśród wielu innych czynników, również kieruje się ceną – właśnie: ceną. Pytanie zostało źle zadane. Czy Mercedes, którego można wygrać w promocji jest złym samochodem? Możemy jedynie zadać pytanie: “czy coś, co jest tanie, może być dobre?”.

I tu dochodzimy do częstego błędu, który popełniają przeciwnicy liberalizacji praw autorskich: wcale nie chodzi im o cenę, a o dostępność. Mówią: skoro sam autor jest zdesperowany na tyle, że chce za darmo oddać swoje dzieło, to znaczy, że nie może być ono dobre. Do tego należy jeszcze dodać głosy tych, którzy uważają, że Internet dewaluuje sztukę, skoro każdy amator może być pisarzem, reżyserem i fotografem, udostępniając bezwstydnie swoje “dzieła” milionom osób na całym świecie. Nie ma się co dziwić: ci sami ludzie tworzą i oceniają. I rzadko są w tym profesjonalistami. Ale mają potrzebę podzielić się swoją twórczością z innymi.

Zgadzam się. Nie jest więc pozbawione racji stwierdzenie, że 90% twórczości ukazującej się w Internecie to śmieci. Niestety nie jest też pozbawione racji stwierdzenie, że 90% twórczości wydawanej oficjalnie to też śmieci. W tym drugim przypadku przykre jest jedynie to, że doborem zajmują się nie amatorzy, a profesjonaliści.

Jakby tego nie nazwać, ta fala twórczości przewalająca się, również przez polski Internet, ma jedną niepodważalną zaletę. Internauci mają możliwość wystąpić jednocześnie w trzech rolach: odbiorcy, krytyka i twórcy. Uczą się na błędach, analizują komentarze, rozwijają się. Już teraz w tej fali twórczej można wyłowić wiele dzieł na poziomie tych pobłogosławionych przez profesjonalistów. A to dopiero początek. Rzesze pisarzy 2.0, (może jeszcze nie w naszym kraju) doprowadzają do sytuacji, w której ważniejsza od rekomendacji “nie warto kupować tej książki” jest rekomendacja “warto kupić tę książkę”.

Twórczość pisarza 1.0: drogie, ale czy aż takie dobre? Twórczość pisarza 2.0: za darmo, ale czy aż takie złe?

• • • * *

Zapraszam do przeczytania książki Doctorowa i wyrobienia sobie opinii o jego twórczości. Polscy wydawcy najwyraźniej nie mają o nim wysokiego mniemania – do tej pory nie ukazała się w naszym kraju żadna jego książka. Eastern Standard Tribe można ściągnąć (podobnie jak wszystkie inne) ze strony autora, albo, jak w moim przypadku, z Feedbooks.com, gdzie dostępna jest w formatach na urządzenia przenośne (ePub, Sony Reader, iLiad, Mobipocket/Kindle).

Dukaj napisał o książce nieco sarkastycznie i z pewną dozą wyższości (patrz zdjęcie):

Sama powieść Doctorowa, mniej więcej do 3/4 bardzo ciekawa, w końcówce fatalnie kiśnie. […] No ale przeczytana jako darmowy e-book – zdecydowanie warta swojej ceny.

Mam typowe cechy czytelnika nowej generacji. Nie daję autorowi za dużo czasu. Albo mi się książka spodoba po przeczytaniu kilku pierwszych paragrafów, albo nie. Zacząłem więc czytać i Eastern Standard Tribe Doctorowa, jak i darmowy fragment Lodu Dukaja, dostępny na jego stronie internetowej. Parę minut dla jednego i drugiego, żeby było sprawiedliwie. Wnioski? Nie mogę napisać, żeby nie kończyć powieści jak Doctorow, ale mogę napisać, żeby nie zaczynać, jak Dukaj. Dalej będę czytał tylko pierwszego z nich. Być może zgodzę się z Dukajem – książka w końcówce fatalnie skiśnie. Wtedy na pewno nie napiszę: “żeby tylko większość polskich książek SF tak siadała pod koniec, jak u Doctorowa”. I to jest właśnie największa korzyść z uwolnienia książki z przestarzałego systemu praw autorskich – czytelnik ma szansę sam wyrobić sobie opinię, zanim kupi książkę w tradycyjnej postaci. Ma okazję sam zadecydować, czy pisarz wskazany mu przez wydawcę podoba mu się, czy nie.

Podsumowując: tytuł artykułu Jacka Dukaja (“Copyrightowa wojna światowa”) odbieram również jako wojnę pomiędzy pisarzami 1.0 a pisarzami 2.0.
Ci pierwsi póki co wygrywają. Ci drudzy prędzej czy później wygrają.

PS.
Ten felieton prześlę do redakcji serwisu Książki WP.pl. Zobaczymy, czy w ogóle to kogoś zainteresuje.

[28.01.2009]

Nie otrzymałem odpowiedzi z redakcji serwisu Książki WP.pl. Spodziewałem się tego. Dukaj pewnie więcej ma do powiedzenia na temat Doctorowa niż stu takich, co w ślady Doctorowa chcą iść. Warte wzmianki jest również to, że w niedzielę chciałem pod felietonem umieścić komentarz z łączem do książki, żeby można było ją sobie ściągnąć, legalnie, z Feedbooks.com. Komentarz do tej pory się nie ukazał. Albo źle pojmuję uczciwość dziennikarską (uważam, że skoro ktoś recenzuje książkę, którą sam za darmo ściagnął z Internetu, to powinien dać taką możliwość czytelnikom), albo jest ona właśnie w Polsce drukowana i wydawca obawia się, że te wszystkie 7 pobrań z łącza z komentarza pod felietonem zrujnują mu sprzedaż.

Share

Comment

Let's get in touch on Twitter or Facebook.